Wrak Race: Epilog Trylogii – Civic za tysiaka

 

Czy to ja, w ostatnim podsumowaniu czterech startów we Wrak Race napisałem, żeby iść na całość od początku eliminacji? Hola. Jednak się porwałem z motyką na słońce. Chyba w tej edycji zrozumiałem, że sztuką jest znaleźć balans pomiędzy piknikową jazdą, a piekielnym rydwanem z jeźdźcem bez głowy, pędzącym po wszystkich dołach na oślep.

Chociaż kwalifikacje przeszliśmy jak burza, to półfinał szybko nas skarcił. W tym wpisie zobaczycie i przeczytacie o zakupie, przygotowaniach oraz samym starcie w XXIII edycji MWR.

Niczym pojazd uderzający w tył twojego auta…

 

… odwracający Cię na bok na Wrak Race – tak niespodziewanie uderzyła w nas informacja o przesunięciu daty na dwa tygodnie wcześniej, niż planowany 11 listopada. Czyli automatycznie trzeba było zacząć poszukiwania bolidu.

 

Sprawa wydawała się nieco trudniejsza, niż prawie pięć miesięcy temu. Tych wraków jakby ubyło – mówiąc o japończykach. Wszędzie zalew Opli, Vagów, gdzieniegdzie nawet i e36 można było dostać do półtora tysiąca. Jednak my potrzebowaliśmy coś starego i japońskiego. Najlepiej na gaźniku -oo tak!

 

Micra…

 

Jak to w życiu bywa wszystko, co stare i japońskie sprzedawało się na pniu. Raz piękna Micra k11 została sprzedana wtedy, kiedy pokonałem odległość ponad 50 km od domu. Pomimo, że pisałem… – o sprincie na trasie praca – dom, wzięciu kasy, zabraniu kierowcy, który mi to sprowadzi pod blok i oczywiście o samym starcie podróży w kierunku sprzedawcy.

 

Myślałem że to chyba oczywiste, że biorę tego śmiecia, jak tylko będzie spełniał wymogi jazdy w przód, do tyłu, w bok i bokiem! No ale nie dla wszystkich jest oczywiste i kiedy będąc już na miejscu, poprosiłem o dokładny adres, sprzedawca napisał, że auto właśnie odjeżdża z nowym nabywcą. Hmm… trochę się zdenerwowałem. I na tym zakończmy.

 

Nie dając za wygraną, po paru dniach przeglądanie ogłoszeń znów tak się zsynchronizowało z moim funkcjonowaniem, że nie było ogłoszenia, którego bym nie odnalazł dłużej, niż pół godziny po dodaniu. Działałem tym razem już tylko na dwóch frontach – Olx i Facebook.

 

…czy Mitasu?

 

W końcu pojawił się i drugi okaz. Był to colt CJ0. Z opisu i zdjęć wyglądał na całkiem przyzwoity stan, jak na 1200 złotych. Więc napisałem od razu, że chętnie się umówię i zapytałem, kiedy można najszybciej po niego przyjechać. Dostałem zwrotną wiadomość, że możemy umówić się na osiemnastą. Przybiłem oczywiście datę, ale po jakimś czasie dostałem wiadomość, że sprzedający raczej nie wyrobi się na godzinę 18 i przełożył to na 19. Mówię, że nie ma problemu – w końcu będę pierwszy i zgarnę go na świeżo.

No i co by to było za poszukiwanie wraków bez kolejnej krzywej akcji… Jadąc na umówioną godzinę, w trakcie coś mnie podkusiło, by napisać do sprzedającego i upewnić się o sensie podróży. Tak jak się domyślacie, sprzedał ją chyba podczas powrotu z pracy… Ale kij z tym.

 

Kiwik z Pragi

 

Ważny był civic, wystawiony za 1800 zł, którego obserwowałem i od początku wiedziałem, że nikt za niego tyle nie da. Wystarczy wyczekać.

Pewnego wieczora przychodzi powiadomienie z Olx, że ‚ogłoszenie które obserwujesz, właśnie zmieniło cenę’. Wchodząc na nie, ujrzałem tego samego civica którego dodałem prawie dwa tygodnie wcześniej! Już nawet o nim zapomniałem. Ale pojechałem, zobaczyłem, wsiadłem, przejechałem się.

Kurde. Normalnie jeżdżące auto (z gazem !) za niecałego tysiaka. Do tego przegląd na pół roku. Kwestia OC została ogarnięta następnego dnia i wtedy śmiało zabrałem z Pragi civica. Cena została przybita na równe 950 zł.

 

Trylogia

 

Sprawa jest o tyle ciekawsza, że od ostatniej edycji z Corollą, we trójkę ustaliliśmy, że następnym gokartem będzie civic piątej generacji dopełniający trylogię pochłoniętych – z naszą pomocą – przez Tor Mysiadło Civiców generacji czwartej i szóstej.

 

Civic z naszej drugiej edycji jak do tej pory wywalczył najwięcej.

 

Plan oczywiście to wygrać zawody. Ale żeby to urzeczywistnić, musieliśmy przemyśleć jak najwięcej rzeczy, które mogą się urwać, rozwalić lub roztrzaskać podczas pędu po zwycięstwo. Był progres. Mieliśmy trochę więcej czasu niż to bywało zazwyczaj, bo zamiast połowy dnia – auto ogarnialiśmy 48 godzin z małymi przerwami na spanie i z większymi na upalanie go po lesie.

Nasz rekord to wyplucie korby przez civica 6 generacji w ostatnich minutach finału naszego drugiego startu. Czwarta generacja nie wystartowała w finale, gdyż akumulator w półfinale tak mocno roztrzaskał się w bagażniku, że zrobił duże zwarcie, które co chwile wywalało główny bezpiecznik. Kupiony teraz egzemplarz miał tę samą jednostkę napędową oraz sprężyny, które idealnie bez żadnej pomocy amortyzują cały pojazd poprzez gęsto zwinięte zwoje, a małą średnicę. Zapowiadało się więc mega smacznie!

 

Piąta generacja, to był zdecydowanie nasz najbardziej pożądany samochód w tej edycji.

Dojeżdżanie

 

Jak to u mnie bywa, oprócz Golfa każde auto na wrak race było w swoim rodzaju testowane i kilka tysięcy kilometrów ze mną zrobiło. Main car odchodził do garażu lub na parking, a na swoją ostatnią prostą wolności wyjeżdżał któryś z japońskich mini-wymiataczy.

Dlaczego mini-wymiataczy? Bo nawet, jak – powiedzmy – był silnik (najsłabszy do tej pory) 1.3, to przy katowaniu pierwszego, drugiego i trzeciego biegu do czerwonego pola robił tę setkę w min 11-12 sekund. A o oszczędzaniu nie było mowy.

Najwięcej od życia z nich wszystkich dostał chyba civic szóstej generacji. Zimowy klimat i ręczny sprawiał, że ze wszystkich szrotów to on od ostatnich chwil dostał bonus. Ale wróćmy do aktualnych zdarzeń i piątej generacji.

Auto trochę u mnie pojeździło. 1.3 LPG sprawiał, że nawet przy katowaniu palił max 10-11 litrów podtlenku. Ręczny łapał na jedno koło, więc tylko po deszczu można było pozarzucać w miarę kontrolowanie.

Od początku dziwnie ściągało kierownicą – raz na lewo, raz na prawo. Pomyślałem, że wiekowy samochód. Swoje pewnie wycierpiał – jak to co druga stara Honda – zwłaszcza z pięćdziesiątych rąk. Dałem sobie z tym spokój, bo za dwa tygodnie na wertepach toru w Mysiadle i tak nie będę nic czuł. Przebieg lekko podchodził pod sześciocyfrową liczbę z trójką na początku.

Rezultat ponad oczekiwania?

Nie wymagałem od tego samochodu dużo, ale dużo dostałem. Ładnie wyglądający hatchback z gazoliną (naprawdę, gdyby każdy hatch z tamtych lat wyglądał stylistycznie jak ten civic, to nawet bym się tak bardzo nie denerwował na drodze, stojąc w korku), z przeglądem (nawet do maja), z OC, z nowymi hamulcami i niestukającym zawieszeniem za 950 złotych! Fajne buty kosztują więcej !

A tutaj możemy jeździć za pół darmo z dachem nad głową, wszystkim działającym (sorry – poziomowanie świateł umarło podczas jazd ze mną). Zima nie zima, sól czy piach. Obtarłeś się o latarnie, lub ktoś obtarł Cię przy ciasnym parkowaniu w centrum? Trudno! Piękna opcja, z której regularnie korzystam od pięciu edycji Wrak Race.

 

                                                  Skoro jeździmy, to i serwisujemy 🙂

 

Ale wszystko ma swoje zakończenie. I w czwartek – dwa dni przed imprezą cif zjechał na swój ostatni pit stop przed katorgą. Mati porobił ostatnie rundki po mieście, przy okazji załatwiając parę spraw z ogumieniem na zawody, a po południu wyruszyliśmy w trasę na działkę do cioci Matiego w okolicach Zalewu Zegrzyńskiego (serio cudowna okolica).

PS: Zapomniałem wspomnieć, że to auto po 25 latach i ponad 280 tysiącach kilometrów wyciągało katalogowe 175 km/h (Tak, tak – na niemieckiej autostradzie!) .

 

Japońszczyzna…

 

Wizyty na działce w celu ulepszania gruza to już chyba nasze hobby.

 

Działkowe działania

Po prawie czteromiesięcznej przerwie wróciliśmy do podzegrzyńskiego królestwa. Godzina 17:30. Jest jesień, więc jest ciemno. Po drodze podobijałem wszystkie opony na 3 bary. Okazało się, że tak naprawdę to była przyczyna luzów na kierownicy. W ten sposób Civic za 950 zł stał się autem kompletnym. Chwila na zaklimatyzowanie się i z miejsca wzięliśmy się do pracy. Jeszcze tego samego wieczora ogarnęliśmy przednie koła, na które wjechały trzynastocalowe stalówki z napompowanymi do trzech atmosfer zimówkami na odwróconym bieżniku.

 

Kolejną rzeczą, którą trzeba było zrobić, to wpasowanie dużego akumulatora z primery w miejsce małego do civica. Akurat niefartownie – miejsce na baterię w civicu gnieździ się pomiędzy ścianką działową, a kielichem. Tak więc, żeby nic nie przedłużać ani nie kombinować – parę młotów w ściankę, parę odgórnych kopnięć w akumulator przez Matiego i voila – akumulator na swoim miejscu.

 

 

Oczywiście nie zabrakło nocnych testów do trzeciej nad ranem –  głównej atrakcji na działce. Gruzik dzielnie walczył w wertepach i zapowiadał się bardzo obiecująco. Kolejny dzień był dla mnie zabawą przy udogodnieniach w czasie jazdy w błocie – potrójny spryskiwacz lejący grube strumienie wody w trzy miejsca. Seryjnie zbiornik na spryskiwacz jest wysunięty na wierzchu, zaraz pod zderzakiem. Trzeba go było przede wszystkim schować pod maskę, żeby przy pierwszym uderzeniu nie stracić go i nie stracić widoczności. To takie podstawy odnośnie jazdy civiciem na wraczku.

 

Efekty nocnych turbulencji. Jakieś wzniesienie chciało chyba postawić opór. Dobrze, że                                                            mieliśmy już zwolnioną chłodnicę.

Zegrzyński Custom

 

Pomysł z potrójnym spryskiwaczem nie przyszedł od razu. Początkowo miałem przeciągnąć wężyki po słupkach A i u samej góry puścić krzyżowy strumień wody na szybę bez żadnych zakłóceń w postaci rozpylaczy – tłusty strumień, który ma zapewniać wycieraczkom płynną pracę nawet w najgorszych warunkach.

 

 

Zabawa dość czasochłonna, ale otwierała przed nami perspektywy na pozbycie się jednego z najgorszych problemów podczas zawodów – odprowadzanie błota z szyb.

Do walki wkroczył dwuskładnikowy klej. Pierwszy wężyk poszedł według planu po słupku A od strony kierowcy. Gdy zacząłem przepinać zbiorniczek płynu przemyślałem jeszcze jedną kwestię – że skoro tylna szyba ma małe szanse na zabrudzenie się (a nawet jeśli się zabrudzi, to ogarnięcie jej z błota podczas wyścigu graniczy z cudem), to może po prostu uzyskajmy jedną pompkę i wykorzystajmy ją na przedniej szybie?

 

Schowanie zbiorniczka z płynem spryskiwaczy pod maskę, to zdecydowanie podstawa.

 

Takim sposobem przeprowadziłem wężyk z tylnej szyby na przednią i umieściłem ją zupełnie spontanicznie na lewej wycieraczce. Woda leciała idealnie pod gumę, dając jej na bieżąco strumień, niezbędny do skutecznego odprowadzania błota na bok. W połączeniu ze starymi, silnymi mechanizmami wycieraczek błoto w trybie natychmiastowym było katapultowane na bok. System sprawdził się znakomicie na tyle, że drugi wężyk powędrował na drugą wycieraczkę. Wszystko oczywiście zrobione w taki sposób, że Mati miał kontrolę nad jednym spryskiwaczem, za pomocą umieszczonego po jego stronie przycisku, a ja – uruchamiałem swoje tradycyjnie, pociągając do siebie manetkę od wycieraczek.

 

Wygląd to nie wszystko, ale bardzo dużo

 

 

Spryskiwacze gotowe. Mati – nasz lakiernik i spec od prezencji (oczywiście samochodu) w tym samym czasie ogarnął wszystkie pozostałe rzeczy. Umocował tłumik (który gdzieś tam walił oderwany o podwozie), pomalował karoserię, oderwał zderzaki oraz starannie i z największą dokładnością umieścił na aucie nasze logo.

 

 

 

W międzyczasie wybraliśmy się do pobliskiego Radzymina po najpotrzebniejsze zakupy. Miały być najpotrzebniejsze, a skończyło się na dziesiątkach pierdół, które upatrzyliśmy sobie w sklepie majsterkowicza oraz z częściami samochodowymi. Poboczną drogą kupiliśmy m.in. żyłki do spryskiwaczy, halogeny, kleje, dodatkowe spreje, wkręty i tak dalej i tak dalej. Lista must have wzrastała wraz z napotkanymi rzeczami, więc gdy w końcu nabyliśmy te serio najpotrzebniejsze, zdecydowaliśmy się na powrót.

 

Ostatni szlif

 

Gdy już mieliśmy wszystko, zaczęliśmy ostateczny custom. Najbardziej jaraliśmy się chyba halogenami. Umocowaliśmy je na dachu i podłączyliśmy je pod tylne światła przeciwmgielne. Mieliśmy teraz idealne doświetlenie nocnych przejażdżek, a jajko zaczęło wyglądać na pewno na swój sposób rasowo.

 

 

Jak zwykle parę ostatnich godzin naszego dnia spędzaliśmy na testowaniu tego, nad czym byliśmy pochłonięci cały dzień. Wszystko już było bez zarzutów. Jedyny problem to było uniesienie zawieszenia, co bardzo komplikowały malutkie zwoje sprężyn, ale poza tym auto świetnie prowadziło się, było doświetlone, w skuteczny sposób odprowadzało błoto, a silnik – mimo całodziennych katuszy – coraz żwawiej rył leśne drogi.

 

Szybki ogar i wylot

 

Ostatni dzień spędziliśmy praktycznie w całości na ogarnianiu wizualnym. Opony, wlepki, domalowywanie ostatnich elementów. Mimo, że czas szybko uciekał, my ciągle wymyślaliśmy nowe – jak się później okazało – sprawdzone rzeczy.

 

 

Deadline ustaliliśmy na godzinę 14:00 więc ostatniego dnia już nie szaleliśmy za dużo na OES’ach, za to bardzo szybko staraliśmy się dopiąć wszystko na ostatni guzik. W końcu braciak wpadł lawetą i po szybkim ogarnięciu zaczęliśmy zmierzać w stronę Warszawy.

 

 

XXIII WRAK RACE

 

 

Obiecaliśmy sobie, że teraz będzie inaczej. Zmienimy swój marny los i w końcu nie będziemy zmuszeni jechać na złamanie karku z ostatniej pozycji. Wybraliśmy się najwcześniej jak mogliśmy, a na miejscu zawitaliśmy chwilę po siódmej rano. No ale co to byłby za wrak, gdyby wszystko poszło według planu.

Na przeglądzie okazało się, że pusta butla gazowa nie przejdzie. Trzeba wymontować zawór. A to co było w teorii proste, okazało się czasochłonną zmorą. Do odkręcenia były dwie śruby, ciężko dostępne, do tego odkręcanie ich mogło się odbywać jedynie przy użyciu płaskiego klucza. Mieliśmy cały zestaw… oprócz płaskich kluczy…

 

Na szczęście z pomocą przyszli sąsiedzi z poldka. W miarę szybka reakcja i pomoc w zakresie narzędzi pozwoliła nam w ponad pół godziny uporać się z pasożytem silnikowym. Butla wywalona, przegląd podbity. Co prawda zamiast być jednymi z pierwszych w pierwszej serii, byliśmy w środku stawki drugiej. Już nie było na co narzekać, bo zostało zaledwie 14 aut do początku. Wypiliśmy po ciepłej herbacie i czas się było rzucić w młyn!

 

Kwalifikacje

 

Tor już znaliśmy w miarę dobrze. Sytuacja wyglądała bardzo podobnie do tej z marcowej edycji na Dzień Kobiet. Samochód co prawda był niżej zawieszony, niż ówczesna szósta generacja, niemniej jednak pokładaliśmy w niej nadzieję na równi, co w generacji czwartej. Ta latała już co prawda po suchym torze, ale udział w finale uniemożliwił nam roztrzaskany akumulator w bagażniku. Pomyśleliśmy chyba o wszystkim, co nam przeszkodziło zdobyć triumf w poprzednich edycjach. No ale jak to Wrak Race – rządzi się swoimi prawami.

 

 

Tak jak wspomniałem wcześniej, zaczęliśmy z pozycji czternastej. Nie wiem już, o co chodziło dokładnie, ale około pięciu aut oddało nam miejsca już na pierwszym zakręcie. Nie trzeba było robić zbyt dużo – wystarczyło go ściąć i ominąć dwa przepychające się auta. Doły były mega zdradliwe i te, które z pozoru wydawały się niewielkie, przy wjechaniu w nie okazywały się ciężką przeprawą dla nisko zawieszonego cifa. Nie zdemotywowało nas to jednak do walki na równi z większymi samochodami.

 

 

Przeważnie potyczka kończyła się po prostu na wdepnięciu gazu w podłogę i potrafiliśmy bez przepychania ogarnąć sobie wyższą lokatę. Niemniej jednak, gdy przychodził odcinek z głębokim błotem, a takie też się zdarzały, mieliśmy spore problemy z przeprawieniem się. Na jednym odcinku utknęliśmy dwa razy. Raz pomogła nam wydostać się serwisowa terenówka, a raz, piłując do odcinki, pierwszy i drugi bieg udało nam się wydostać samodzielnie. Był to dla nas spory problem bo za drugim razem straciliśmy na tym zdarzeniu prawie trzy lokaty. Szybko odrobione.

 

 

Ostatecznie, przeskakując czternaście pozycji, jako pierwsi ukończyliśmy wyścig, pokonując też największą ilość okrążeń. Skutki były najbardziej bolesne. Podjeżdżając na swoje stanowisko serwisowe, okazało się, że straciliśmy chłodnicę i lewe tylne koło. Gałka od przekładni skrzyni gdzieś wyleciała, przez co ostatnie okrążenie pokonałem zmieniając biegi ledwo wystającym kawałkiem ułamanego metalu.

Z zalet natomiast trzeba było wymienić chyba najbardziej zdeterminowane ruszenie w pogoni za przywróceniem do działania Hondy przed półfinałem. W międzyczasie na miejsce dotarł już brat, który znacząco pomógł nam w ogarnięciu auta do kupy.

 

 

Reanimacja wraczka

 

Pierwszą rzeczą było oczywiście szukanie chłodnicy z civica, który zakończył już zmagania. Niestety, albo ktoś miał ją uszkodzoną, albo awansował dalej i też jej szukał.

 

Podbiegłem wtedy do spikera, aby rzucił szybkie ogłoszenie. Z tym akurat nie było problemu, a dziesięć sekund później chłopak wcinający zapiekankę z zupełnym spokojem podszedł i powiedział, że on ma chłodnicę do civica. Co więcej nic za nią nie chciał, jedynie ze śmiechem rzucił, żebym podzielił się nagrodą jak wygram. Jasna sprawa!

 

Niestety okazało się, że nowa chłodnica również posiada dziurę, z której strumieniem waliła woda przed siebie. Nie był to jednak wyciek uniemożliwiający start, więc chwilę próbowaliśmy skleić ubytek klejem. Natomiast, gdy to nie pomagało, zostawiliśmy to jak zwolennicy PiSu – w rękach boga.

 

 

Do startu, jak się okazało została dłuższa chwila, ale dzięki temu mogliśmy uzupełnić ubytki wody w układzie chłodzenia jak i spryskiwaczy, które przy wzmożonym zużyciu nie starczały nawet na jeden bieg. W międzyczasie również dobiłem atmosfery w wymienianym kole, aby opona gdzieś przypadkiem po drodze nie zgubiła się.

 

 

Stan auta – jak na bieg kwalifikacyjny – był bardzo mierny w porównaniu do przeciwników. Dużo wręcz powyrywanych i powgniatanych części karoserii oraz stracone koło (przy mocnym nacisku na ogumienie w przygotowaniach) dało znak, że bieg był wyłącznie po zwycięstwo. Szkoda, że tylko w kwalifikacjach…

 

Półfinał

 

Pozycję startową nie mieliśmy najgorszą. Oczywiście wymęczone auto nie pałało już taką werwą jak w biegu kwalifikacyjnym, ale cały czas urywaliśmy następne lokaty. Już coraz ciężej było wyciskać na pierwszym biegu odcięcie zapłonu, więc na prostych odcinkach dawałem silnikowi trochę odpocząć wrzucając dwójkę.

Tor również nie był już świeży. Rozryta ziemia na jednym z zakrętów przy każdym okrążeniu nie dawała o sobie zapomnieć, a przy jednym z pierwszych okrążeń naszym oczom ukazała się czerwona kontrolka świadcząca o niskim poziomie oleju.

 

Fot. Dariusz Oltuszyk

Gdzieś musieliśmy naruszyć miskę. Olej pod dużym obciążeniem dla silnika gdzieś uciekał. Szykował się dla nas przykry koniec. Taki jak w wiosennym finale. Wtedy miskę naruszyliśmy w generację nowszym civicu. Dzięki temu wiedzieliśmy, że zostało nam jeszcze max parę okrążeń zabawy. Ale to już nie tej samej co w kwalifikacjach. Taka jakby torowa wegetacja. Respirator.

Koniec końców…

 

… znów przegraliśmy. Ale zabawa jak zwykle była przednia. Silnik zatarty. Rozgrabiliśmy parę najważniejszych fantów, parę fantów rozgrabili biegający w tę i we w tę potrzebujący, którym udało się awansować, a potem totalnie przemoknięci oddaliśmy kolejny – już piąty – wóz do kasacji.

 

Kiedy kończę pisać ten wpis właśnie ujawniona została nowa data zawodów, które odbędą się 13 stycznia 2019 roku. Co, ciekawe minie wtedy dokładnie rok od pierwszego startu. MOŻE JAKIEŚ ZWYCIĘSTWO BY SIĘ W KOŃCU PRZYDAŁO?! :))

 

PS: Jeśli jesteśmy już przy jubileuszach. Honda, która została zabita przy okazji tej edycji, dokładnie 28 października (dzień zawodów) obchodziła 25 rocznicę swojej pierwszej rejestracji. Przejeździła dokładnie ćwierć wieku…

 

 

 

1 thought on “Wrak Race: Epilog Trylogii – Civic za tysiaka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *