Kiedy myślisz, że startujesz we Wrak Race już szósty raz i nic nie jest w stanie cię zaskoczyć – los stojąc z boku prześmiewczo rzuca „Taaak? To potrzymaj mi piwo…”

Po ostatniej, październikowej próbie zwyciężenia czegokolwiek w klasie serii, a ostatecznie odpadnięcia w półfinale przez zatarty silnik, powoli traciłem nadzieję w sens pakowania dalej kasy w następne projekty. Za każdym razem nie oszczędzamy na inwestycjach, a niektórzy pewnie zaszli dalej od nas nie wkładając w swojego wraka nawet połowy tej sumy. Byłem trochę zdemotywowany. Wiadomo – zabawa przednia, ale w końcu też trzeba coś wygrać.

Podczas urlopu zobaczyłem, że ogłoszono właśnie nowy termin. Wrak Race jest już chyba u mnie pewnego rodzaju uzależnieniem, bo rozum mówił aby to olać, ale serce z drugiej strony podrzucało „wystaw chociaż byle co, chociaż za pięćset złotych” „byle wystartować…”

Nie trzeba było się długo domyślać – wystarczyło, że mój brat rzucił hasło. SZUKAMY WRAKA!

Nissan Lamera

Choć do tematu podchodziłem nieco sceptycznie – odruchowo wziąłem się za szukanie. Chyba w tak krótkim czasie i tak blisko nie znaleźliśmy nigdy.

Trochę poprawek lakierniczych na zderzaku…

…a potem na dachu.

Zaledwie parę ulic ode mnie facet wystawił Nissana Almerę za 950 zł. Z racji tego, że ogłoszenie weszło późnym popołudniem, a wieczorem byliśmy już obejrzeć zdobycz. Okazało się, że Almerą jeździła żona sprzedającego. Auto w środku niewiarygodnie zadbane. Technicznie również bez zarzutu. Silnik podaje śpiewająco, a zapłon odcięty zostaje dopiero przy 7,2 k RPM.

Sentymenty…

… właścicieli aut okazują się złudne. Często nie chwalimy się, że auto będzie występowało na Wrak Race, ale jak się w z biegiem czasu okazuje – ludzie sprzedający tanio samochód, który nierzadko przejeździł z nimi paręnaście lat, są bardzo pozytywnie nastawieni. Nawet jeśli byli związani z autem przez lata – cieszą się, że na ostatniej prostej auto godnie skończy swój żywot, nie gnijąc zarazem na ulicy w oczekiwaniu na straż miejską.

W tym przypadku, jak już wcześniej wspomniałem, samochód był darzony sentymentem przez żonę sprzedającego. Dlatego gdy wspomnieliśmy o imprezie pod Piasecznem, właściciel entuzjastycznie opowiedział nam o jedynym telefonie, który odebrał, przed naszym kontaktem, w sprawie samochodu. Wtedy ten ktoś zainteresowany bez skrupułów oznajmił, że chce przeznaczyć Lamerkę jako środek transportu do wywożenia nawozu naturalnego we wsi nieopodal Żyrardowa. Był gotów nawet wyłożyć na to cenę podaną w ogłoszeniu. Z wiadomych przyczyn, my go uprzedziliśmy, a właściciel tak zajarał się wiadomością o występie Nissana na Mazowieckim Wrak Race, że bez zbytnich próśb obniżył nam cenę o stówkę.

Takim sposobem, mimo szczerych niechęci :))), z uśmiechem na ustach przyprowadziłem bolid pod dom. Auto miało niecałe 150 tysięcy przebiegu, a silnik był w świetnym stanie.

Tradycyjne upalanko

Jak to zawsze bywa – skoro już samochód kupiony, to trzeba nim pojeździć. Reszta samochodów niech czeka na termin zawodów.

Trochę suchych faktów – Nissan Almera n15. 1.4 75KM. Mimo, że zrywny, demonem szybkości nie był. Ręczny – sprawny. Jak każdy potencjalny wrak – wszędzie dojechał, tłukł kilometry jak szalony i dawał niesamowicie dużo frajdy. Jak na hatchback’a almera n15 wizualnie jest zdecydowanie za długa – zwłaszcza w wersji pięciodrzwiowej – ostatnia, mała szybka robiła z tego auta niemalże kombi, co jest dla mnie ciężkie do zniesienia.

Odwdzięczała się za to fajnym prowadzeniem – w miarę wysoko usytuowane siedzisko i wspomaganie kierownicy ze sporym promieniem skrętu pozwalało komfortowo prowadzić auto po mieście, mimo, że była trochę niepotrzebnie rozciągnięta.

Warsaw Rally Center

To tutaj Almera dostała pierwsze porządne baty. Wśród większości samochodów przygotowanych do toru wpadłem, ja starą Almerą przyblokowaną do 75KM (wersja na Niemcy – silnik wypluwa 90KM, ale ze względu na tamtejsze składki OC zależne od mocy, kolektor dolotowy tłumi moc o 15KM).

Za pierwszym razem trafiłem akurat na śnieg – to moje pierwsze doświadczenia z torem treningowym. W sumie wpadłem tylko dlatego, że tor był zaśnieżony, a ręczny w Almerze był „na dwa ząbki”.

Porobiłem trochę rundek przez trzy godziny. Podsterowność nie dawała co prawda za wygraną, ale z odpowiednią prędkością można było ładnie pokonywać zakręty.

Tydzień później wypróbowałem tor po raz kolejny, tym razem był suchutki, a Almera miała jeszcze w miarę dobre ogumienie, które tego dnia zamieniły się w slicki. Upalana była przez ponad trzy godziny z małymi przerwami na kontrolę oleju (nie ubyło nawet kropli, mimo, że silnik Almy oscylował cały czas w obrotach 6-7 tysięcy).

Podmieniając opony tylne na przód, nie mogłem się powstrzymać przed tego rodzaju testem. Almera za 850zł, która nie mogła przejść przeglądu ze względu na korozję progów, została utrzymana na jednym z nich bez skrzypnięcia. Z drugiej strony jednak próg wpadł. 🙂

W końcu możecie też zobaczyć jakiś pierwszy filmik. Nie jest on najwyższej jakości (najlepiej od razu włączyć HD), bo to tylko iphone przymocowany taśmą hydrauliczną do lusterka, ale daje spory zarys możliwości teoretycznie słabej almery w warunkach, gdzie można zapieprzać. 🙂

Almera N15 – 1.4 75 KM

Warsaw Rally Center odwiedziłem potem jeszcze tylko dwa razy, niestety w następną niedzielę był znowu śnieg, gdzie na zdartych oponach do łysa nie mogłem totalnie nic zrobić. Tydzień później zabawę ograniczyła mi kopułka zapłonowa, którą trzeba było gruntownie oczyścić w domu.

Zdarte opony totalnie pokrzyżowały mi plany przy upalaniu w śnieg.

Pierwsze przygotowania

Jak to u mnie bywa – śruty dostają konkretny łomot przez krótki okres czasu, a potem zaczynam jeździć na co dzień czymś innym. Auto pozostaje porzucone gdzieś na parę tygodni. Nie inaczej było tym razem. Urwany zderzak na treningu dyskwalifikował dalszą jazdę po drogach publicznych. Wrzuciłem więc go na tylne siedzenia, a samochód postawiłem w pobliżu toru.

Na którymś zakręcie zgubiłem zderzak. Zorientowałem się dopiero przy następnym okrążeniu.

Dwa tygodnie później umówiliśmy się z Piotrkiem, że zabierze Lamerę pod garaż, w którym będziemy się bawić w upgrade’y. Tam zaczęły się pierwsze szlify. Co prawda beze mnie, ale chłopaki zrobili robotę malując furę i przemontowując chłodnicę.

I tutaj wjechał nasz motyw przewodni projektu – szara fura oklejona w szachownice Euro NCAP. Nasze testy co prawda nie polegały na zderzaniu czołowym, ale jakąś wytrzymałość sprawdzaliśmy pełną parą. Mój pomysł spodobał się każdemu z ekipy, więc TESTING czas zacząć.

Nie, nie wrzuciliśmy tam RB25DE. Przemontowana chłodnica nie dała domknąć maski, a musiał w taki sposób jeszcze parę nocy stać na jednej z warszawskich dzielnic.

TESTING

Klasa Rally

Szybkie wyjaśnienie. Od tej edycji Mazowieckiego Wrak Race mieliśmy szansę występować w nowej klasie – Rally. Klasa ta miała za zadanie dołożyć więcej zabawy zawodnikom startującym w klasie seryjnej poprzez możliwość dołożenia kilku fajnych opcji modyfikacji – mianowicie:

  • Modyfikacja układu chłodzenia – możliwość montażu chłodnicy w innym miejscu, niż strefa uderzenia, gdzie była narażona na niemal natychmiastowe uszkodzenie – zmora klasy seryjnej na Wrak Race
  • Osłona miski olejowej – możliwość montażu osłony ma miskę olejową, która również często przy mocniejszych uderzeniach podwozia potrafiła wylecieć.
  • Modyfikacja układu spryskiwaczy – to również ważny punkt. Na wielu edycjach jest nadmiar błota lub kurzu. Seryjne spryskiwacze z maski często odmawiają posłuszeństwa, lub po prostu nie nadążają.
  • Szutrowe Opony – dobre ogumienie znacznie ułatwia przedzieranie się często przez zabłocone lub zapiaszczone odcinki toru. Zwykłe często nie dają rady.

Osobiście uważam, że stworzenie klasy Rally to świetne posunięcie organizatorów i duży krok naprzód. Rally to idealny wybór dla zawodników, którzy mają wystarczające umiejętności, a nie chcą za każdym razem odpadać przez powtarzające się schematy chłodnicy czy miski olejowej. Modyfikacje nie wymagają tak dużego zaplecza warsztatowego jak klasa Madmax, a jednocześnie pozwalają się ścigać w o wiele bardziej swobodny sposób niż w Serii.

Reakcja ludzi na Woli wskazywała na niemałe zaintrygowanie bolidem.

Nasze modyfikacje opierały się na wrzuceniu chłodnicy na silnik. Nie mieliśmy czasu na spawanie, więc związaliśmy ją liną holowniczą. Pomysł ten budził we mnie lekkie zwątpienia, ale chłopaki zapewniali, że wytrzyma… Potem się dowiecie, jak to wyglądało w praktyce. 🙂

Spryskiwacze powtórzyły schemat z poprzedniej edycji – na nich zamontowane zostały wężyki bezpośrednio uderzające grubym strumieniem wody pod wycieraczkę. Żeby strumień uderzał mocniej, na jeden wężyk przypadała jedna pompka – przeznaczoną na tylną szybę skierowałem na drugą wycieraczkę.

System działał fenomenalnie.

Na ostatnich zawodach pięciolitrowy zbiornik do spryskiwaczy nie wystarczył – w tych przerobiłem dziesięciolitrową bańkę. Wydawało mi się, że jest to aż nadto.

Kolejną modyfikacją na którą nam pozwolili była osłonka na miskę olejową. Jak się pewnie domyślacie – bez spawarki było ciężko, ale spokojnie. Pewien fachowiec od tłumików z Okęcia ogarnął nam taką osłonę razem z montażem za 50 zł. Koneksje Piotrka.

Opony wrzuciliśmy – tak jak i w poprzednich wrakach – nówki zimówki. Nie było sensu pakować szutrówek – pogoda zapowiadała się niezła, a trasa przebiegała w większości po utwardzonych powierzchniach. Oczywiście do tego dętki i lekko podniesiony przód (tyle na ile nam się udało).

Halogeny to znalezisko z piwnicy Piotrka. Dobrych naście lat temu też miał swój projekt ze znajomymi. Mieli przygotowywać Poloneza do rajdów. Fachowe lampy skończyły na Lamerze do wraka 🙂

XXIV Mazowiecki Wrak Race

Przyszedł w końcu moment na same zawody. Tym razem jak nigdy udało mi się wyspać i wziąć sprawy w swoje ręce. Byliśmy na tyle wcześnie, że wypadał dla nas start z drugiej linii – korzystnie jak jeszcze nigdy. Po raz pierwszy również nie musieliśmy się niczego obawiać. Wszystko skończyliśmy w przygotowaniach. Wystarczyło tylko jechać. Pierwszy raz na fotelu pasażera zasiadł Snupi. Gość który dołożył naprawdę sporo pracy w nasze przygotowania.

No dobra. Baniak, który zaadoptowałem do Almery za pomocą wszelkich klejów leciutko przeciekał… Ostatnia dolewka przed startem.

Pogoda była sprzyjająca. Nie było zimno ani gorąco, tor był lekko wilgotny, ale nie przeszkadzał w jeździe. Po raz pierwszy też jechaliśmy zupełnie zmienioną trasą. Dużo prostych i ostre zakręty. Zapowiadało się smacznie!

Ostatni papieros i… egzekucja!

Pora na start – kwalifikacje

Oczywiście, jak można było się spodziewać na Wrak Race – nic nie może się wydarzyć bez nieoczekiwanego zwrotu akcji. Na drugim zakręcie po starcie uderzyliśmy w poprzedzającą nas Mazdę. Jeden z wątpliwie przymocowanych wężyków odpiął się. Woda zaczęła uciekać, silnik zaczął się gotować, a w efekcie tryskającej wody na rozgrzany silnik stworzyliśmy za sobą zasłonę z pary. W połowie okrążenia objęliśmy prowadzenie, a po drugim okrążeniu dym był na tyle silny, że zostawiliśmy peleton daleko w tyle… Oni po prostu nic nie widzieli.

Pierwszy wyskok na nowo uformowanej „hopce”. Grubo zanurkowałem. Tak się kończy hamowanie w ostatniej chwili przed wyskokiem.

Ja w sumie również dużo nie widziałem. Na pierwszej „hopce” zanurkowałem prosto w ziemię. Przez chwilę nic nie widziałem, a gdy tylko ujrzałem wzniesienie było już za późno. Wtedy właśnie należało dać gaz do oporu.

O! A tutaj sam wyskok!

Auto gotowało się w masakrycznym tempie. Praktycznie dwa kółka zrobiliśmy zagrzanym autem, chłodzonym bieżącym powietrzem. Gdy zaczęliśmy czwarte okrążenie na desce zaświecił CHECK, a komputer w moment odciął zapłon i samochód zgasł. Tak straciliśmy pierwszą pozycję.

Wszystko miało się skończyć. Wyszliśmy, oceniliśmy straty i doszliśmy do wniosku, że gdyby była woda, pewnie skończylibyśmy wyścig. Po chwili dezorientacji ujrzałem coś, czego się nie spodziewałem. Przy zjeździe z toru leżała pięciolitrowa bańka z wodą. Nie czekając dłużej, zalaliśmy wodę do chłodnicy, Snupi pobieżnie odpowietrzył układ i byliśmy na torze z powrotem. Szkoda, że straciliśmy wiele lokat…

Ogólnie mimo szóstego startu, mieliśmy wiele pierwszych razy. W tym przypadku po raz pierwszy po kwalifikacjach wszystkie koła były całe. Przy pierwszej potyczce z Mazdą 626, którą zepchnęliśmy, straciliśmy lusterko. Oprócz tego tylko ta chłodnica dała ciała. Almera naprawdę dzielnie zniosła gotowanie, ale jak się okazało to był dopiero początek jej męki …

Półfinał

Był dla nas czymś w rodzaju odskoczni od szansy jaką dostaliśmy w pierwszym starcie. Tym razem już na szarym końcu musieliśmy się przebijać. Tutaj poznaliśmy czym były wcześniejsze starty w klasie Serii przy Rally. Tutaj już każdy wiedział o co chodzi. Nie było zakrętów, na którym robiłem cztery auta, aby na kolejnym dwadzieścia metrów dalej wyprzedzić kolejne dwa. Każda pozycja była obarczona walką, w której nikt nie chciał dać za wygraną do samego końca.

Na pierwszym okrążeniu rzuciliśmy się do walki. Udało nam się zgarnąć jakieś pozycje. Było ich parę, ale nie w takiej ilości jakiej to robiliśmy na kilku poprzednich edycjach w klasie seryjnej. W jednym z zakrętów wjechaliśmy w tył skręcającej Hondy, co wywróciło ją lekko na bok, a my zyskaliśmy kolejną pozycję. Później już było ciężko.

W międzyczasie znów pojawił się problem z chłodnicą. Ponownie przy jakimś uderzeniu straciliśmy w niej szczelność, a Nissan zaczął się grzać. W tym przypadku mieliśmy już jednak szansę wystudzać go na tyle, aby kontynuować wyścig. Mimo wszystko trzeba było zachować czujność.

Zjeżdżając z wyskoku najechaliśmy na poprzedzającego nas Lanosa, któremu w śmieszny sposób otworzyliśmy klapę. Całkiem niezłe siłowniki w tych Lanosach, bo jechał z taką chyba do końca półfinału.

Jednak na następnym okrążeniu najpierw straciliśmy pozycję przez chęć wyprzedzenia Poloneza. W niewyjaśniony sposób wyrzuciło nam tył przy tym manewrze i lekko wypchnęło nas na bok toru. W tym czasie Lanos z otwartą klapą przy walce na wyskoku uderzył w prawą stronę wzniesienia. Chcieliśmy wykorzystać moment jego słabości, ale dość przytomnie kierowca wrzucił pedał gazu w podłogę i nawet tej lokaty nie uchwyciliśmy, ale to nie koniec problemów.

Moment w którym obracamy Poldka. Widać było, że tylny napęd znany był kierowcy nie od dziś. Po wykręceniu momentalnego bączka po chwili był już z powrotem za nami. (Nagrane na filmiku)

Parędziesiąt metrów dalej chcąc ściąć zakręt zawiesiliśmy się na czymś. Przez co też straciliśmy niezły kawał czasu. Wszystkie wysiłki poszły na marne i znów zostaliśmy na szarym końcu. Plus był taki, że niewiele aut skończyło ten wyścig, dzięki czemu mieliśmy szansę wystąpić w finale.

Mimo szybkiego powrotu Poldona do obiegu po obrocie, euforia po manewrze była nie z tej ziemi. 😀

Finał

Tutaj już niestety długo nie zabawiliśmy. Na pierwszym okrążeniu przy zakręcie ktoś się zatrzymał. Wjechaliśmy w tył auta, a z naszej chłodnicy wyfrunęła chmura jakiej jeszcze nie było. Do tego silnik stracił moc. Nawet nie próbowaliśmy kontynuować.

W taki sposób skończyła się nasza przygoda z kolejną edycją. Okazało się, że moc straciliśmy przez awarię kopułki zapłonowej – woda z pękniętej chłodnicy zalała kopułkę, w której nie dokręciłem ostatniej śrubki przy awarii na torze WRC.

Auto i tak, jak nie na tym okrążeniu, to na następnym by się zagotowało, a tak – uratowaliśmy je przed oddaniem na złom. Wyczyściliśmy kopułkę, auto odpaliło bez problemu. Mamy auto na kolejnego wraka.

Myślę, że skoro doczytaliście całej powieści, czas po raz pierwszy pokazać wam to obrazkowo. Przedstawiam wam filmik, który nie pochodzi (a jakże!) z naszego pokładu, a z nagrań auta, które ścigało i przepychało się z nami, a także z nagrań kibiców oraz Piotrka. Skleiłem to w jedną, ciągłą całość i efekt myślę, jest całkiem zadowalający.

Podsumowując…

…jest niedosyt jak zawsze, ale zasada pierwszego razu na tym Wrak Race sprawdziła się po raz kolejny. Dopiero przy naszej szóstej edycji samochód przetrwał na kolejną. Zapewne to dzięki kapitalnemu pomysłowi organizatorów o rozszerzenie klas o klasę Rally.

My aktualnie jesteśmy w trakcie przygotowań na kolejnego wraka który odbędzie się już za tydzień – 7 Kwietnia 2019 roku. Mam nadzieję, że fart tym razem będzie po naszej stronie. 😉 Do zobaczenia na miejscu!

BONUS:

XXIV Edycja Mazowieckiego Wrak Race została odwiedzona przez ESKA TV. My również mamy tam swoje pięć minut (czy trzy sekundy?), więc zapraszam do sprawdzania!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *